Monika Rogowska-Stangret
Recenzja z książki “Anthropocene Feminism”
Na przełomie XX i XXI wieku świat nauki zawojowało określenie nowej epoki geologicznej: Antropocenu. Jest to czas, w którym działalność człowieka już ma i będzie miała wpływ na formowanie się warstw Ziemi. Początki Antropocenu sięgają połowy XX wieku, a przynajmniej za takim datowaniem opowiedziała się większość członków i członkiń eksperckiej grupy zgłębiającej Antropocen podczas 35. Międzynarodowego Kongresu Geologicznego, który odbył się w Republice Południowej Afryki w 2016 roku[1]. Nie jest to stanowisko niebudzące kontrowersji. Początek Antropocenu jest sam w sobie przedmiotem sporów, niektórzy widzą jego zalążki w momencie, w których kolonializm stał się zjawiskiem globalnym lub w momencie rozpędzenia maszyn rewolucji przemysłowej. Geologowie i geolożki obserwują zmiany związane z erozją i sedymentacją, klimatem, życiem organizmów żywych, na które bez wątpienia wpływają plastik, aluminium, beton, popiół, związki radioaktywne i inne pochodzące z działalności człowieka. Owe zmiany stają się podstawą do powołania do życia nowej epoki geologicznej[2]. Sam termin „Antropocen” zawdzięczamy biologowi Eugene’owi F. Stoermerowi, który ukuł je w latach 80. XX wieku, za jego popularyzacją stoi natomiast Paul J. Crutzen, holenderski noblista w dziedzinie chemii.
Z jednej strony nic dziwnego, że dziś – w dobie wzmożonych dyskusji o środowisku naturalnym i jego zanieczyszczeniu, zastanawiamy się nad tym, w jaki sposób gatunek ludzki przyczynił się do obecnej sytuacji. Trudno ignorować tzw. ocieplenie klimatu, wymieranie organizmów żywych, które staje się podstawą do mówienia o „szóstym wymieraniu”[3], wpływ radioaktywności na życie na Ziemi[4] czy wszechobecność plastiku stającego się niemalże piątym żywiołem – zarówno życiodajnym, jak i śmiercionośnym[5] oraz to, w jaki sposób działalność człowieka przyczyniła się do tych procesów. Pewnym jest, iż Antropocen zdaje z tych powiązań sprawę, nie znaczy to jednak, że wolny jest od kwestii problematycznych, do niektórych z nich jeszcze powrócę.
Z drugiej strony, humanistyka aż kipi od mnogości stanowisk, teorii, pytań, które mogłybyśmy uznać za – w istocie – posthumanistyczne, to znaczy odchodzące od usytuowania człowieka w centrum, wcielające w życie rozmaite nieantropocentryczne modele, pojęciowości i wizje, kierujące się ku światu poza-ludzkiemu, więcej-niż-ludzkiemu, nie-ludzkiemu. Tymczasem w samej nazwie „Antropocen” nagle powraca anthropos – jakiś zdawałoby się ujednolicony Człowiek, esencja Człowieka – zarówno szkodnika, jak i potencjalnego zbawcy świata, który nadwyrężał przez dziesiątki lat. Nasuwa się zatem pytanie – o co tu chodzi?
Jedną ze strategii podejścia do wzmiankowanych tu problemów jest perspektywa feministyczna, o tyle będąca tu szczególnie na miejscu, że feminizm od lat penetruje relacje między naturą a kulturą, ludzkim a nie-ludzkim czy człowiekiem a środowiskiem naturalnym[6]. Takie podejście i refleksję nad Antropocenem z feministycznego punktu widzenia oferuje książka Anthropocene Feminism pod redakcją Richarda Grusina będąca zbiorem esejów reprezentujących różne dyscypliny naukowe i metodologie. Autorami i autorkami zebranych artykułów są zarówno osoby znane polskim czytelnikom i czytelniczkom takie jak Rosi Braidotti[7], Stacy Alaimo[8] czy Myra J. Hird[9], jak i mniej znane, a przynajmniej dotąd nietłumaczone, jak: Claire Colebrook, Elizabeth A. Povinelli, Lynne Huffer, Alexander Zahara, Joshua Clover, Juliana Spahr, Jill S. Schneiderman, Dehlia Hannah czy Natalie Jeremijenko.
Niejednoznaczne i celowo nieujednoznaczniane relacje feminizmu z naturą, „życiem samym”, anty-antropocentryzmem są tu ważną materią refleksji – to właśnie te zagadnienia otwiera przed nami Antropocen (nawet jeśli niekiedy możemy mieć wrażenie, że wyważa otwarte drzwi). Dla przykładu Lynne Huffer omawia dwie strategie obchodzenia się z naturą w ramach teorii feministycznej: denaturalizacji (egzemplifikowanej tu przez dociekania Judith Butler) i renaturalizacji (dla której ilustracją jest myśl Elizabeth Grosz) i pokazuje, w jaki sposób zagadnienie „życia samego” wpisuje się w te teorie, woła o problematyzację (przy użyciu metody genealogicznej Michela Foucaulta), której wzmiankowanym teoriom brakuje i wyłania jako problem naszych czasów par excellence (odsyłając do lamusa płeć czy różnicę płciową, na którą – jako na problem „naszego wieku” wskazywała Luce Irigaray w Ethique de la difference sexuelle w 1984 roku). Braidotti twierdzi nawet, że feminizmowi, który nigdy nie był humanizmem i który przyczynił się do pęknięcia oblicza „Człowieka rozumu”, bliżej jest do posthumanizmu, że to właśnie feministyczne i postkolonialne metodologie są teoriami najbardziej adekwatnymi dla posthumanistycznej epoki Antropocenu.
Całość do przeczytania na stronie Nowa Orgia Myśli: http://nowaorgiamysli.pl/index.php/2017/12/07/feminizmem-w-antropocen/

